Czas upływa. Nie pisałam długo, bo postanowiłam sobie, że pisać nie będę. Jak pomyślałam - tak uczyniłam. I wracam... Skruszona i pozbawiona złudzeń. Nie pisałam, bo wydawało mi się, że może rzeczywiście nie jest to dla mnie najlepszy sposób na wyrażanie tego, co aktualnie siedzi w mojej głowie.
Co się przez ten czas zmieniło? Postarzałam się kilka miesięcy, wypaliłam kilkadziesiąt paczek papierosów, przeczytałam kilkanaście książek, przepracowałam kilaset godzin. Działo się to wszystko co ma związek z upływem czasu. Ale czy coś się zmieniło?
Nienawidzę siebie tak jak poprzednio, spedzam w łazience porównywalną ilość czasu, nadal przesiaduję u swojej terapeutki bez poczucia, że cokolwiek się zmienia.
Nadal codziennie obiecuję sobie, że to był już ostatni raz kiedy nawaliłam, że od jutra wszystko się zmieni.
Ale nic się nie zmienia. Jedyną rzeczą, która zmienia się ciągle, jest rosnące przekonanie, że nie wygram, że nie mam już na to siły, ochoty... Nie wygram... Chciaż codziennie próbuję. Codziennie zaczynam od nowa. Codziennie kończę pokonana.
Dzisiaj dla przykładu... cały dzień trzymałam się w pionie. Wieczorem - jak to mam w zwyczaju - poszłam biegać. Pokonałam 8 km. Po powrocie ćwiczyłam przez godzinę, aż do momentu w ktorym każdy mięsień mi drżał i wył o litość. A potem? A potem zakończyłam cały udany dzień jak zwykle - porażką. I siedzę sobie teraz z trzęsącymi się rękoma, zdartm gardłem i pretensją do siebie...
I jutro będzie tak samo...
Po co więc próbować? Stawiać poprzeczkę, którą za każdym razem się zrzuca? Po co??
Z tym pytaniem kłądę się spać i budzę się rano. Towarzyszy mi ono przy porannej kawie, w drodze do pracy, na zakupach, pod prysznicem. Pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Które wierci mi dziurę w głowie jak młot pneumatyczny. Po co??
Chyba dlatego, że ciągle mam coś na kształt naiwnej nadziei, że ktoregoś dnia się uda...
A jak to mówią - nadzieja umiera ostatnia...
.
Codziennie biegasz? :) i ćwiczysz? I aż tyle pracujesz? Jesteś bardzo niezależna i zaradna, prawda? Taką Cię widzę :)
OdpowiedzUsuńNie jesteś nieuleczalnie chora, więc bardzo słusznie masz nadzieję.