Czytałam kiedyś artykuł - z głowy wyleciał mi i autor i detale treści. Nie wiem nawet gdzie go przeczytałam. Jedyne co z niego pamiętam to opis historii mężczyzny, który po wypadku samochodowym nie mógł chodzić. Miał uszkodzony rdzeń kręgowy i jedyną szansa na powrót do sprawności była intensywna rehabilitacja. Lekarze mówili mu, że niedowład nóg jest częściowy, że uszkodzone nerwy się zregenerują, bo rdzeń nie był przerwany. Jednkaże mężczyzna nie wracał do sprawności, nie mógł poruszyć stopami, postawić kroku. Po pewnym czasie okazało się, że w czasie kiedy miał wykonywać ćwiczenia - on siedział i wyglądał przez okno. Przyłapała go na tym żona i zadała mu pytanie "Dlaczego?". A on odpowiedział "Bo boję się, że nie ważne co zrobię - nigdy nie będę już taki jak dawniej".
No właśnie - jak dawniej... Co to znaczy być taką jak dawniej? Co to znaczy starać się powrócić do "sprawności"??? Jestem dokładnie taka jak ten mężczyzna - z tą różnicą, że chodzenie nie sprawia mi problemu. Moja "sprawność" dotyczy raczej mojej głowy, tego w jaki sposób myślę, co myślę, jak interpretuję otaczający mnie świat. Jestem taka sama - sabotażystka i manipulantka. Rzucająca sobie kłody pod nogi ze strachu, że nie ważne co zrobię - i tak nie będzie tak jak być powinno.
Czasami się zastanawiam, co myślą o mnie inni ludzie. Inni ludzie - to pewnie zbyt dosadne określenie. Interesuje mnie co myśli sobie o mnie moja terapeutka (tak, tak - nudna jestem z tym tematem, ale niezaleznie od tego czy ona o tym wie czy nie - stała się dla mnie jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Ode mnie tego raczej nie usłyszy - ale takie sa fakty.). No więc - mam pewien ogólny zarys tego co może sobie myśleć...
Po pierwsze - że jestem osobą, dla której tzw. wgląd jest pojęciem całkowicie obcym. Jakakolwiek świadomość własnych emocji, przeżyć u mnie nie istnieje. Jednkaże to nie prawda - ja się zachowuję w taki sposób jakby nie istniało. Jestem w stanie ocenić w jakim jestem stanie emocjonalnym, że pewne sytuacje mają bezpośredni wpływ na moje zachowanie, że mój acting-out nie jest całkowicie odklejony od tego co się wokół mnie dzieje. Tylko... ja o tym nie mówię. Utrzymuję, że po prostu nie wiem, bo "Nie wiem" jest odpowiedzią, która załatwia wszystko. Pozwala na utrzymanie status quo. Śmieszne, prawda? Czasami czuję się z tym podle, jak oszust, jak ktoś, kto musi uciekać się do takich sposobów, żeby wzbudzić zainteresowanie, zmusić kogoś do poświęcenia mi uwagi. Tak robią 5-letnie dzieci... i ja.
Po drugie - myśli sobie zapewne, że to jak się zachowuję, to wyraz mojej "złej woli" - brzmi to trochę nazbyt pejoratywnie, ale sens jest właśnie taki. Może mogłabym to nazwać inaczej - nie "złej woli" a "oporu". To takie urocze terapeutyczne określenie - w końcu po coś studiowałam przez 5 lat psychologię, doskonale wiem z czym to się je, w jaki sposób działa, co załatwia. I wiem również, że to nie jest opór per se. W 90% przypadków zgadzam się z tym co ona mówi, jakie wyciąga wnioski i jakie tworzy powiązania. W żaden sposób tego nie neguję, nie szukam innych wyjaśnień - bardziej dla mnie łaskawych. Problemem jest mój strach, którego nie potrafię opanować. Czuję się czasami jak sparaliżowana - chcę przyznać, że tak jest ale słowa zatrzymują mi się w gardle.
Zawsze chciałam zapytać "Co sobie Pani myśli na mój temat" - tak wprost, bez dodatkowych wstępów, bez tej całej terapeutycznej otoczki . "Co sobie Pani o mnie myśli jak człowiek o człowieku?". Tutaj niestety nie potrafię stworzyć żadnej prawdopodobnej odpowiedzi. Pytania też zadać nie mogę - bo co? Zapewne komentarz brzmiałby "A co Pani myśli, ze o Pani myślę?" albo w oględnych słowach usłyszałabym, że chcę ją wciągnąć w jakąś moją gierkę. Prawda jest taka, że ja po prostu strasznie chciałabym wiedzieć, co myślą o mnie ludzie, jak mnie odbierają. Nie tacy ludzie, którzy aktualnie czegoś ode mnie chcą - dla nich jestem zajebista, najlepsza itd. Ale jakoś kiedy nikt nic ode mnie nie chce to nagle telefon milczy, mail jest pusty, dzwonek nie dzwoni do drzwi. Skoro jestem taka zajebista, to nie powinni chcieć od czasu do czasu ze mną tak po prostu być?
I wracając do samego początku - tak jak dwniej... Co to dla mnie znaczy? Problem polega na tym, że nie wiem. Nie chodzi o dodatkowe kilogramy, o brak blizn... Ja zrosłam się z moim płaszczykiem. I boję się, że jak go ściągnę, to tam nic nie będzie... Nie będzie kolejnej warstwy, nie będzie ciała... Tylko próżnia... Próżnia, które jedynym kształtem jest ten płaszczyk. Że jak się go pozbędę to rozwieje nnie podmuch wiatru... i nie będzie więcej mnie. Tylko powieszony na oparciu kawałek materiału, który osłaniał mnie przed wichurą.
I dlatego tak się bornię, żeby ten płaszczyk ściągnąć - trzymam się jdynej rzeczy, którą znam...
A może ten płaszczyk to po prostu nasza skóra?
OdpowiedzUsuńJa ciągle mam nadzieję, że to nie jest moja skóra...
OdpowiedzUsuń