piątek, 27 kwietnia 2012

Tona betonu

hmmm... dałam ciała kolokwialnie rzecz ujmując... nie wydusiłam z siebie tego co chciałam wydusić, nie powiedziałam tego, co chciałam powiedzieć... i tak nadszedł kolejny piątek... Ale dostałam cenny feedback. Tak całkiem przy okazji. Taki, który sprawił, że sobie pomyślałam jaką ja sobie w rzeczywistości potrafię robić krzywdę - i to krzywdę na bardzo wysublimowane sposoby... Ale do rzeczy...

Poszłam w piątek na spotkanie. Nie wiem jakim cudem udało mi się dotrzeć na miejsce ścięcia - bo takim to właśnie miejscem jawi mi się w głowie gabinet mojej terapeutki. Nie powiedziałam tego co chciałam powiedzieć... ale za to powiedziałam, że jest gorzej, że nie łapię pionu w ogóle, że słabo znoszę aktualnie swoje bulimiczne praktyki. Streściłam to na swój sposób, z cynicznym uśmiechem na twarzy, serwując suche fakty, beznamiętnie. Bez żadnego wtrącenia na temat tego co czuję, czy cokolwiek czuję, nic...

I usłyszałam coś, co w pewien sposób dało mi w twarz... Usłyszałam, że przychodzę, mówię z uśmiechem w jaki sposób się traktuję i niejako czerpię satysfakcję z tego, że nie pozwalam sobie w żaden sposób pomóc... że zmuszam do patrzenia jak robię sobie krzywdę i przy okazji wiążę ręce osobie, która teoretycznie powinna być po to, żeby mi pomóc...

I ja się poczułam z tym jak z toną betonu na plecach... Najnormalniej w świecie czułam się winna, że zachowuję się w ten sposób... Dodałam sobie do tego trochę własnej nadinterpretacji o robieniu krzywdy własnej terapeutce i teraz jest mi podwójnie źle... że robię krzywdę i sobie i jej... Z jednej strony wiem, że to irracjonalne, że ona ma wielu pacjentów i każdego traktuje zapewne w podobny sposób - zawodowo, bez jakiegoś większego zaangażowania, bo przecież w innym wypadku nie mogłaby pracować w takim zawodzie zbyt długo... Ale to chyba tak jest, że pacjent do terapeuty przywiązuje się 1000 razy bardziej niż terapeuta do pacjenta. I to terapeuta jest dla pacjenta kimś wyjątkowym a nie na odwrót... I że tak naprawdę to po prostu robię sobie krzywdę 2 razy...

I tak stworzyłam sobie kolejny problem, o którym chciałabym bardzo porozmawiać, ale nie wiem czy będę w stanie... Znowu 20 minut zajmie mi przełamanie się, aby w ogóle się odezwać... Swoją drogą to już chyba taki mój rys, nazwijmy to "terapeutyczny"- wchodzę, siadam i milczę... czasami 10 minut, czasami 15, a czasami całe spotkanie... Zgodnie z teorią, którą dość często słyszę - tak sobie gwarantuję poczucie kontroli. Możliwe...

I cóż... za kilka godzin wyjdę z domu i pójdę do miejsca, które z zadziwiającą regularnością odwiedzam... i nie wiem co zrobię, nie wiem co powiem... Wiem natomiast, że się boję...


3 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że siłą ludzką bądź ponad ludzką udało Ci się przełamać. Trzymałam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  2. hmmm... próbowałam... co z tego wyszło ciężko powiedzieć :/ W każdym razie chociaż próbowałam

    OdpowiedzUsuń