hmmm... dałam ciała kolokwialnie rzecz ujmując... nie wydusiłam z siebie tego co chciałam wydusić, nie powiedziałam tego, co chciałam powiedzieć... i tak nadszedł kolejny piątek... Ale dostałam cenny feedback. Tak całkiem przy okazji. Taki, który sprawił, że sobie pomyślałam jaką ja sobie w rzeczywistości potrafię robić krzywdę - i to krzywdę na bardzo wysublimowane sposoby... Ale do rzeczy...
Poszłam w piątek na spotkanie. Nie wiem jakim cudem udało mi się dotrzeć na miejsce ścięcia - bo takim to właśnie miejscem jawi mi się w głowie gabinet mojej terapeutki. Nie powiedziałam tego co chciałam powiedzieć... ale za to powiedziałam, że jest gorzej, że nie łapię pionu w ogóle, że słabo znoszę aktualnie swoje bulimiczne praktyki. Streściłam to na swój sposób, z cynicznym uśmiechem na twarzy, serwując suche fakty, beznamiętnie. Bez żadnego wtrącenia na temat tego co czuję, czy cokolwiek czuję, nic...
I usłyszałam coś, co w pewien sposób dało mi w twarz... Usłyszałam, że przychodzę, mówię z uśmiechem w jaki sposób się traktuję i niejako czerpię satysfakcję z tego, że nie pozwalam sobie w żaden sposób pomóc... że zmuszam do patrzenia jak robię sobie krzywdę i przy okazji wiążę ręce osobie, która teoretycznie powinna być po to, żeby mi pomóc...
I ja się poczułam z tym jak z toną betonu na plecach... Najnormalniej w świecie czułam się winna, że zachowuję się w ten sposób... Dodałam sobie do tego trochę własnej nadinterpretacji o robieniu krzywdy własnej terapeutce i teraz jest mi podwójnie źle... że robię krzywdę i sobie i jej... Z jednej strony wiem, że to irracjonalne, że ona ma wielu pacjentów i każdego traktuje zapewne w podobny sposób - zawodowo, bez jakiegoś większego zaangażowania, bo przecież w innym wypadku nie mogłaby pracować w takim zawodzie zbyt długo... Ale to chyba tak jest, że pacjent do terapeuty przywiązuje się 1000 razy bardziej niż terapeuta do pacjenta. I to terapeuta jest dla pacjenta kimś wyjątkowym a nie na odwrót... I że tak naprawdę to po prostu robię sobie krzywdę 2 razy...
I tak stworzyłam sobie kolejny problem, o którym chciałabym bardzo porozmawiać, ale nie wiem czy będę w stanie... Znowu 20 minut zajmie mi przełamanie się, aby w ogóle się odezwać... Swoją drogą to już chyba taki mój rys, nazwijmy to "terapeutyczny"- wchodzę, siadam i milczę... czasami 10 minut, czasami 15, a czasami całe spotkanie... Zgodnie z teorią, którą dość często słyszę - tak sobie gwarantuję poczucie kontroli. Możliwe...
I cóż... za kilka godzin wyjdę z domu i pójdę do miejsca, które z zadziwiającą regularnością odwiedzam... i nie wiem co zrobię, nie wiem co powiem... Wiem natomiast, że się boję...
Mam nadzieję, że siłą ludzką bądź ponad ludzką udało Ci się przełamać. Trzymałam kciuki.
OdpowiedzUsuńJak poszło?
OdpowiedzUsuńhmmm... próbowałam... co z tego wyszło ciężko powiedzieć :/ W każdym razie chociaż próbowałam
OdpowiedzUsuń