popadłam w stan bardzo dziwny... nie było mnie tu jakiś czas bo nie potrafiłam się jakoś skonfrontować z tym co chcę napisać. Moje posty na tym blogu (i na moim poprzednim też...) można z grubsza podzielić na 2 kategorie: te w których się nad sobą użalam i wylewam swoje smutki i te w których widać coś na kształt naiwnej nadziei, ze kiedyś będzie lepiej.
I teraz wypadałoby napisać dlaczego o tym wspominam i co to za konfrontacja, z czym i dlaczego... Niejako przypadkiem stwierdziłam, że to co ja piszę o tym, że będzie lepiej, że chcę żeby tak było, nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym... Nawet pisząc słowa wskazujące na zdrowy rozsądek i chęć walki, mam gdzieś z tyłu głowy, że jeszcze mi się uda osiągnąć swój ideał... mówiąc wprost - że jeszcze zagłodzę się na śmierć. I długo do siebie tego nie dopuszczałam, ale nadszedł moment kiedy widzę to bardzo wyraźnie...
I nie jestem już w stanie udawać, że próbuję i się staram... ja po prostu CHCĘ umrzeć, wykończyć się, nie musieć myśleć i się strać... Chcę uciec... i zapewne jeśli nagle nie nastąpi jakiś cud i nie zacznę myśleć inaczej, to to nastąpi...
Po mimo tego, że niezbyt to wesołe, mądre, sensowne... wszystko jedno jak to nazwać - odczułam coś na kształt ulgi, że się do tego przed samą sobą przyznałam...
Dzisiaj byłam u swojej terapeutki... wyszłam stamtąd uzyskując prędkość światła, z kurtką w ręce... zakładałam ją na ulicy. Uderzyło mnie coś okropnego! Ja jestem zazdrosna!! O co?? To jest nawet dość ciekawe z moje perspektywy... Przytyłam ostatnio - czyli robię coś zupełnie przeciwnego, niż mam w planach. A moje terapeutka zrobiła się szczuplejsza niż zazwyczaj (chociaż normalnie jest bardzo szczupła kobietą)... Ja niestety nawykowo już skanuję ludzi od góry do dołu... takie skrzywienie anorektyczno-bulimiczne. I wyobraźcie sobie absurd całej sytuacji - ja nie mogę na nią patrzyć, ogarnia mnie wściekłość, złość, smutek, zawód i zazdrość kiedy ją widzę... cały wachlarz negatywnych emocji... Nie mogę tego znieść... I nie mam odwagi, żeby z nią o tym porozmawiać... W związku z tym terapia jest dla mnie jeszcze większą męką niż zwykle... a jestem jednostką, która samą sytuację terapii znosi bardzo kiepsko... Kiedyś może o tym jeszcze napisze... Ale powracając do sedna.... Co ja mam z tym zrobić?? Na decyzję mam czas do piątku...
Co ja mam z tym zrobić??
=> Mar: dziękuję, że pytasz. To miło wiedzieć, ze kogoś interesuje co u mnie!!
.
To Mar tu jest? Ale ten świat mały :-)
OdpowiedzUsuńDo Ciebie przychodzę od dawna, na poprzednim blogu też byłam, a Mar poznałam nie tak dawno.. :-)
Wspaniałe kobiety się przyciągają :-).
Zadałaś pytanie "co masz zrobić?" a ja tak samo bardzo nie wiem jak Ci odpowiedzieć jak bardzo chciałabym znać odpowiedź i Ci pomóc. Mogę spróbować, ale czuję, że moje porady będą bezwartościowe, bo Ty sama najlepiej siebie znasz i wiesz co byłoby dla Ciebie lekarstwem (i nie mam tu na myśli końca istnienia.). Ciągle porównywanie siebie do innych to choroba, na którą i ja cierpię. Nigdy nie będę najlepsza, najładniejsza, najmądrzejsza i najszczuplejsza. Zawsze znajdzie się ktoś kto w jakiejś dziedzinie będzie ode mnie "bardziej". Walką z wiatrakami jest więc wiara, że można dostąpić ideału. Tylko powtarzanie sobie, że jestem najlepszą sobą, że brakiem rozsądku wykazuję się chcąc być mistrzynią we wszystkim(nawet w byciu człowiekiem)pomaga odsuwać na bok te chorobliwe!myśli. Na chwilę, ale skoro działa to chyba warto.
No widzisz - spytałam, a dopiero teraz zajrzałam.:) Taki ze mnie nieidealny czytelnik.
OdpowiedzUsuńBardzo fajnie że napisałaś, choć to wszystko musiało Cię tak dużo kosztować. Dobrze, że opisałaś tą destrukcyjną swoją częśc i pokazałaś ją światu - jak widzisz - my- dajemy radę - nie zwiewamy:) Nie boimy się jej.
Ja wierzę, że masz tyle samo siły do wyjścia z tych swoich koszmarów co tych sił autodestrukcyjnych. Wierzę w to naprawdę, a nie tylko na pokaz - aby Ci dodać pewności siebie. Wierzę, bo to co piszesz jest mi cholernie bliskie.
Co do terapeutki - jak poszło? Jak poszło w piątek? Rozmawiałaś z nią?
W poście napisałaś, że czujesz ze taka rozmowa byłaby potrzebna, ale masz obawy.
Jestem bardzo ciekawa jak sobie z tym poradziłaś. Twoja zawiść do terapeutki nie jest niczym dziwnym, ani złym. W tej chorobie - nie chorobie - jak ją nazywasz - to bardzo typowe, częste - po prostu jest elementem obrazu. Dawaj znać. Ja czekam na te Twoje posty, choć teraz się rzeczywiście zagapiłam. Ale może to dobrze, bo bym coś radziła przed piatkiem, a radzenie wcale dobre nie jest. Trzymam za łapkę i dawaj znać! Mar