Nie obawiam się ciemności, nie czuję strachu idąc nocą ciemną ulicą, nie przeraża mnie las, puste mury, burza... Boję się tylko przyszłości.
Boję się, że przyszłość nie przyniesie spokoju, że będzie niekończącą się szarpaniną pomiędzy prawym i lewym, dołem i górą, plusem i minusem... Że nie będę umiała po prostu żyć.
I boję się jeszcze, że popadnę w obojętność. Że będzie mi wszystko jedno i nie będę miała motywacji ani siły, żeby walczyć o coś lepszego.
Bo dopóki jest przyszłość i dopóki nie ma obojętności to zawsze jest jeszcze jakaś szansa, prawda?
I coraz częściej dopada mnie taka obojętność... Cięgle są to krótkie momenty - kilka dni, tydzień. Zawsze jednak przechodzą i znowu biorę się w garść. Dopóki przechodzą to jest ok... Ale co jeśli któregoś dnia dopadnie mnie obojętność, która nie odejdzie?
I pozostanę taka nijaka, egzystująca, przegrana... Wtedy zakończy się przyszłość... I zakończy się też życie - a raczej ta jego namiastka, którą aktualnie wiodę.
Ale ciągle - na zewnątrz - jestem nieustraszona! Bo przecież nie boję się ciemności!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz