Stałam dzisiaj nad kołyską... kołyską od 6 tygodni zamieszkałą przez Nowego Małego Obywatela. Obywatel to wyjątkowo przystojny i dobrze wychowany. Mimo niewielkich rozmiarów skupia na sobie całą uwagę z właściwą dla siebie kokieterią bezzębnego jakby-uśmiechu. Przyglądałam się Małemu Obywatelowi z uwagą i niedowierzaniem. Jak to możliwe, że z tej półmetrowej laleczki wyrośnie Chłopiec z tornistrem na plecach... a później Nastolatek kombinujący jak wymknąć się na imprezę bez wiedzy organ rodzicielskiego? Niesamowite!!!
I poczułam coś dziwnego... wręcz nie do opanowania! chciałam Małego Obywatela chwycić, przytulić i zabrać ze sobą, nie oddawać, nie wypuszczać z rąk.
Jego matka - prywatnie moja przyjaciółka - jest ode mnie starsza rok... rok bez 11 dni... I tak mi się przykro zrobiło... Bo ja za rok nie będę się mogła dumnie nazwać matką żadnego Nowego Obywatela...
Ostatni raz kontakt z własnym instynktem macierzyńskim miałam w wieku 15 lat... Myślałam, że umarł śmiercią naturalną... Ale on cały czas jest... I dzisiaj wysłał mi wiadomość o treści "Na tym polu też jesteś do d***"
Chociaż z drugiej strony... jak mogę sobie pozwolić na chociażby myślenie o dziecku, jeśli nie potrafię się zająć sama sobą? Co by się stało z takim Małym Obywatelem? Lepiej dla niego, żebym nie była jego matką... to pewne!!
Chichot ewolucji... ten cały instynkt macierzyński...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz