Marzenie o wielkości! Brzmi banalnie i ciut niestosowanie. Ale gdyby się tak prze chwilę zastanowić? Od dziecka marzyła mi się wybitność. Jakiś niezwykły talent, który z dziewczyny o wątpliwej urodzie i kiepskiej figurze uczyni kogoś niezwykłego. Do dzisiaj pamiętam moje spazmatyczne płacze nad własną przeciętnością. Nie byłam (i nadal nie jestem!) utalentowanym fizykiem, poliglotą mówiącym w 8 językach, wybitnym prozaikiem, extraordynarnym sportowcem. Ja to zawsze byłam ja... Zwykła, szara, przeciętna... Ta przeciętność ciążyła mi jak kamień u szyi. Młyńskie koło normalności. Chciałam się wyróżniać, być kimś więcej niż po prostu mną.
Po pewnym czasie zaczęłam się wyróżniać - zdecydowanie! Tylko nie o końca w sposób który byłby przeze mnie pożądany. Byłam "tą, która nie będzie jeść", "tą, która wygląda jak śmierć", "tą, która nie zda matury, bo przecież nie będzie mieć na to siły". Potem sprawy się skomplikowały i doszły opisy w stylu: "ta, którą podrapał znowu kot", "ta, która zacięła się krojąc warzywa", "ta, która w 30 stopniowym upale nosi długi rękaw". To byłam ja.
Wyróżniająca się... Jak na złość w momencie, w którym chciałam być niewidzialna!
Kim jestem dzisiaj?? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie... Po prostu nie wiem. I boję się tej wiedzy panicznie...
Bo co jeśli wciąż jestem nikim? Co jeśli pod osłonką moich dziwactw nie ma warstwy, którą można nazwać normalną? Co jeśli tam nie ma nic?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz