Niewiele pozytywnych rzeczy przychodzi mi aktualnie do głowy. Prawie 3 rano... 12-ta godzina pastwienia się mnie nade mną... Położyłam się do łóżka, ale nie mogę leżeć, bo boli mnie każdy centymetr kwadratowy skóry... paznokcie... cebulki włosów... Każdy siniak naibity dzisiaj na brzuchu, biodrach, udach... Na koniec, kiedy już zamiast jabłka, ciastka, jugortu byłą tylko krew zmieszana z cierpkim smakiem kwasu solnego pomyślałam sobie... "Dobrze, zasłużyłaś! Niech cię szlag". I teraz czekam aż mnie ten szlag trafi... Ale nie trafia...
Moje ciało jest dla mnie zagadką. Po latach znęcania się, torturowania, nie dawania chwili wytchnienia - ono dalej żyje, funkcjonuje... Stosunkowo rzadko odmawia posłuszeństwa, nie mdleje, nie protestuje. Ono to chyba lubi...
Wymyśliłam sobie ostatnio, że pobiegnę w półmaratonie - na wiosnę. Natychmiast przeszłam do wykonania planu i zaczęłam biegać na dłuższych dystansach. 12-15 km, 6 razy w tygodniu... I pobiegłam sobie w tym tygodniu niefortunnie... Wykręciłam nogę i wybiłam biodro. Wracałam do domu spacerkiem, w tempie adekwatnym dla kogoś kto jest w stanie operować tylko 1 nogą. Wracałam i płakałam. A dlaczego? Wcale nie dlatego, że biodro bolało mnie tak, że mi się cała droga mleczna pojawiała przed oczyma - a bolało! Płakałam, bo wiedziałam, że na drugi dzień nie pobiegnę, że będę musiała sobie odpuścić... I nie miało to też nic wspólnego z moim wymyśłonym półmaratonem... Po prostu... takie bieganie zabierało mi 700 kcal... I to była moja prawdziwa motywacja... I nie mogę biegać już 5ty dzień... Ba... Nie mogę nawet za bardzo chodzić. Ale czy mnie martwi to, że coś jest nie tak z moją nogą? Ależ skąd!! Mnie martwi te 3500 kcal, których się nie pozbyłam.
Śmieszna rzecz - nie wiem dlaczego łatwiej mi wyrażać swoje stany emocjonalne po angielsku. Zawsze mnie to bawiło, bo angielski nie jest moim ojczystym językiem - ale posługuję się nim bardziej niż swobodnie. Dlatego dobrze czułam się w Stanach - miałam wrażenie, że to o czym mówię, jest w miarę adekwatne do tego co czuję... I teraz właśnie przychodzi mi do głowy jedno zdanie, podsumowujące mój aktualny stan...
"I'm done!!! For real!!!"
Właśnie... I'm done... Kilka już razy zapewne pisałam, że mam dość, że nie dam rady dłużej, że nie wytrzymam... I za kazdym razem okazywało się, że dawałam... Szłam dalej pokracznie, potykając się i wstając. Do przodu - niezdarnie - ale do przodu! Zawsze też w takich momentach towarzyszyły mi ogromne emocje, histeria, niezdolność do opanowania się... Teraz jest natomiast inaczej... Czuję nieodpowiedni wręcz chłód i obojętność. Może nawet coś na kształt mściwej satysfakcji... "Zawsze dawałaś ciała... Teraz zrobiłaś dokładnie to samo"... I ten cały obojętny stosunek jest dla mnie czymś przerażającym w swojej absurdalności. No bo jak? Powinnam się miotać, wyć, szarpać, walczyć... Ale mnie się już nie chce... Ileż można?? Po 8 latach mam prawo do dystansu, prawda?? Do zimnej konkluzji... No pewnie że mam!
A więc konkluzja brzmi następująco... Chcesz się zarzygać na śmierć? Proszę bardzo! Chcesz się zagłodzić? Droga wolna! Chcesz zdezerterować od tego życia - raz, a dobrze? Nie krępuj się!
Nie mam dzieci, o które muszę się troszczyć... nie mam partnera, którego nie chcę skrzywdzić... nie mam nawet kota - więc nie ma obawy, że nie będzie miał go kto karmić...kwatków doniczkowych też nie mam - więc nikt ich nie będzie musiał podlewać...
Świat sobie da sam świetnie radę - to ja sobie nie potrafię dać rady z nim...
Zawsze sądziłam, że na pewne rzeczy trzeba sobie zasłużyć. Zaliczałam do nich między innymi uwagę ze strony innych... Posiadanie ludzi, którzy się troszczą i martwią... SĄ. Ja sobie nie zasłużyłam... Nie zapracowałam sobie na to. I teraz tak sobie po prostu jestem - sama, samiuteńka... Z jedną jedyną upośledzoną i komiczną relacją, za którą - o zgrozo - płacę (tak... znowu ta moja terpeutka...). I przychodzi moment, kiedy chwyciłoby się za sluchawkę i wykrzyczało "Przyjeżdżaj! Potrzebuję Cię!". Ale nie ma do kogo...
Więc wykrzykuję w otchłań wirtalnej rzeczywistości... Bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego...
Ale przecież nigdy nikogo nie potrzebowałam... Teraz też nie może być inaczej! Przynajmniej resztki konswkwencji powinnam zachować...
Nieuporządkowanie moich myśli sprawia, że już sama nie wiem o czym piszę... O wszystkim? O niczym? Wszystko jedno... W każdym razie dobranoc... Rano pewnie jak zwykle obudzę się z poczuciem nierealności tego co teraz się ze mną dzieje... Rano będę silniejsza i gotowa na kolejne odbijanie się od dna... Zawsze tak było... Może o tym razem tak będzie??
Ale do rana jest jeszcze tak daleko...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz