sobota, 16 marca 2013

Stchórzyłam... Ogarnęło mnie dzisiaj przerażenie na myśl, że będę się musiała zmierzyć z samą sobą. 2 godziny przed spotkaniem zadzowniłam i powiedziałam, że nie przyjdę, że jestem chora, że pojawię się następnym razem. Mam niejasne wrażenie, że kłamstwo wyszło mi kiepsko i nie została mu dana wiara. Zawsze słabo kłamałam... a co gorsza mam w zwyczaju przyznawać się do własnych kłamstw.

Więc we wtorek się pewnie przyznam... Ale nawet perspektywa okazania się kłamczuchą była dla mnie zdecydowanie lepsza niż zmuszenie się do wyjścia z domu, udania się do miejsca gdzie zwykłam siadać w fotelu 2 razy w tygodniu i skonfornotowania się z tym co we mnie. Po prostu nie dałam rady.

Po odłożeniu słuchawki schowałam się w łóżku i spędziłam tak praktycznie cały dzień - w bezpiecznym dla mnie miejscu, z pluszowym misiem pod pachą...

A teraz nie mogę spać... Siedzę i myślę o strachu, który nie ma racjonalnej przyczyny, ale popycha mnie do robienia wielu rzeczy, których robić nie powinnam.

Czy żałuję? Podobno to tak jest, że najpierw się wyznaje grzechy, potem się za nie żałuje, a na końcu postanawia się poprawę... Ja chyba nie żałuję. Wprowadziłam dzisiaj do swojego myślenia filozoficzny wręcz relatywizm - wybrałam mniejsze zło... A przynajmniej tak mi się wydawało...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz