Dzisiaj doszło do tego, czego się od jakiegoś czasu spodziewałam - oczekując jedynie kiedy feralna chwila nadejdzie. Temat, który omijam zazwyczaj tak szerokim łukiem jak tylko się da - leki i psychiatra.
To zabawne, jak bardzo jestem negatywnie nastawiona do farmakoterapii. Biorąc pod uwagę moją orientację biologiczną powinno być to dla mnie jedyne słuszne rozwiązanie - ale nie biorę go w ogóle pod uwagę.
Moja poprzednia przygoda z tą specjalnością lekarską do tej pory wywołuje u mnie mdłości. Było to już jakieś 6 lat temu. Pamiętam jak moja mama i babcia groziły mi i błagały, żebym poszła i jakoś się ustabilizowała. W końcu dla świętego spokoju powiedziałam, że dobrze - po czym okazało się, że moja zgoda była pro forma, gdyż mama zdążyła mi już umówić wizytę u tzw. "psychiatrycznej sławy". Wściekła byłam okrutnie - ale poszłam. Lekarz był już starszawy - na pierwszy rzut oka miły, jowialny jegomość. Bardzo szybko jednak się okazało, że tytuł profesora i jakikolwiek profesjonalizm wcale nie muszę iść w parze. Najpierw niewybrednie skomentował moje wynurzenia zdaniem "ale zaraz - przecież Pani nie jest gruba", a potem dodał "no w sumie mógłbym stwierdzić dopiero gdyby pani się rozebrała" - na co mnie zatkało. Pomimo tego, że wiedziała na jakimś poziomie, że nic mi nie grozi, wpadłam w taką panikę, że w ostatniej chwili zdecydowałam się nie wybiec z gabinetu. Co z tego, że to lekarz? Ja poczułam się osaczona, sprowadzona do parteru i na jakimś poziomie wręcz molestowana. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moja reakcja była przrysowana - może pan profesor chciał sobie zażartować, a ja nie zrozumiałam? Może miał w tym jakiś inny, zbożny cel, którego nie dostrzegłam? Wszystko jedno! Wzięłam receptę i wyszłam. I więcej nie wróciłam. Odnowiłam ją potem ze dwa razy u znajomej lekarki, po czym przestałam brać leki, co było spowodowane bardzo dynamicznym wzrostem mojej wagi - a tym samym nienawiści do siebie. I taki są moje doświadczenia z psychiatrami - nie chciałabym ich powtarzać.
Z drugiej jednak strony, wiem że mam w sobie coś z męczennika - głębokie przekonanie, że muszę bardzo solennie odpokutować za wszystkie moje błędy i żadna opcja, która miałaby złagodzić moje objawy, czy też po prostu pozwolić mi na odrobinę normlaniejsze funkcjonowanie nie wchodziła nigdy w grę. Była wina - musi być kara.
Wiem, że mogłoby mi to pomóc - może byłabym w stanie spać? Może moje stany lęowe dałyby się jakoś okiełznać? Może lepiej kontrolowałabym swoje zachowania w odniesieniu do jedzenia? Ale moja głowa mówi "Nie zasłużyłaś na złagodzenie kary."
Muszę to sobie jakoś przeformułować. Spróbować się przełamać. Moja terapeutka stwierdziła, że kiedy zaczynam się w jakiś sposób konfrontować z tym co czuję, moje objawy przybierają monstrualnych rozmiarów - i że powinnam dać sobie pomóc to opanować.
Obiecałam sobie dzisiaj, że spróbuję - spróbuję się przekonać, że zasługuję na pomoc.
To wygląda bardzo rozsądnie, taka obietnica dana sobie. Mam nadzieję, że oczekiwana wizyta będzie dobrym doświadczeniem i spełni oczekiwania.
OdpowiedzUsuńWysłałam Ci majla, Mar