Gdyby ktoś kiedyś mnie zapytał, co wydaje mi się cięższą pracą: kopanie rowów, praca czysto fizyczna, czy też może próba mentalnego przeformułowania własnych spostrzeżeń i doznań - nie wahałbym się ani sekundy! Z chęcią chwyciłabym za łopatę i pognała w pomarańczowym kubraczku wspierać rozwój sieci komunikacyjnych w Polsce.
No właśnie - tylko co jeśli ten wybór jest czysto hiptetyczny? Byłabym zapewne mało przydatna jako pracownik fizyczny z moimi dziecięcymi dłońmi o iście książęcej wrażliwości... No więc -skoro praca fizyczna nie, to co? Pozostaje mi w takim razie tylko ta mentalna zabawa w kotka i myszkę.
Ciągle prześladuje mnie przekonanie, że na pewnym etapie mojego życia - dość wczesnym zapewne - ktoś wyprał mi mózg i wbił do głowy przekonanie, że wszystko co ma jakikolwiek odcień emocjonalności, jakąkolwiek walencję jest z gruntu złe i bezwartościowe - dla looser'ów innymi słowy. Dla ludzi, którzy nie potrafią nad sobą panować i trzymać na wodzy własnych rozbuhanych pragnień i popędów.
I teraz stoję właśnie w tym miejscu - na pozór powściągliwa i opanowana, nie okazująca najmniejszych emocji - a wewnątrz rozgrywa mi się corrida, w której krew płynie potokami a ryki ranionego zwierzęcia są nie do zniesienia. I tak się gonimy: ja-byk i torreador w postaci moich emocjonalnych perypetii. Co mnie dopadnie - to leje się krew. Każda kolejna próba powstania i podjęcia ucieczki przychodzi coraz trudniej, bo z byka już się trochę tej krwi wylało i nie ma na ucieczkę siły - a wraz z opadającymi siłami zmniejsza się jego wola walki o przetrwanie, gdyż niejako przewiduje, że zakończyć się to może tylko w jednej sposób. Krwawość i brutalność całego procederu jest niezaprzeczalna.
Zastanówmy się co będzie, kiedy w końcu nadejdzie moment całkowitego braku sił na ucieczkę? Dopadnie mnie mój oprawca, przeszyje kilkoma włóczniami, a ja padnę na arenę i będę sobie konać w przekonaniu, że przegrałam. Tak przecież wygląda tradycyjna corrida! Na koniec tłumy gapiów nagradzają torreadora gromkimi brawami, wychwalając jego odwagę i determinację, a byka się usuwa, bo psuje scenerię.
O ile w corridzie da się to załatwić w sposób przejrzysty i zgodnie z ustalonym schematem, o tyle moja corrida tak się zakończyć nie może - no bo jak? W takim razie jak się zakończy? Jak w kreskówce?? Byk i torreador będę się gonić do końca świata?? Zostaną dozgonnymi przyjaciółmi?? Zginą wspólnie w imię solidarności i przywiązania, które w czasie tej całej walki miało czas aby się rozwinąć??
Może to po prostu nie jest corrida?? Może byk ucieka, chociaż nikt tak naprawdę go nie goni??
Tak mi się przypomniało - wiekowe, ale jakże adekwatne:
Nie wiem kto w tym starciu wygra. Nie wiem kto jest bykiem, kto torreadorem, kto widownią, a kto Tym który to wszystko opisuje....i ten trop wydaje mi się bardzo ciekawy,
OdpowiedzUsuńAle wiem z pewnością jedno, że musi być bardzo trudno patrzeć codziennie na tę krew, czuć tę atmosferę walki, ucieczki, zmagania. Czuć, że gdy wygrywa jedna strona, przegrywa druga - coś kosztem czegoś.
Chodzi mi o to, że domyślam się, ile musi Ciebie kosztować utrzymywanie tej corridy w sobie.
Zastanawiam się, czy jest taka możliwość, abyś jakoś znalazła w tym ogromnym okrucieństwie które teraz musisz nieść, co samo w sobie jest ogromnie trudne, ale też budzi szacunek, jakąś przestrzeń, gdzie mogłabyś choć na moment odpocząć.
Strefę wolną od corridy, miejsce na moment wytchnienia. Każdy musi odpocząć, choć na moment i byk, i torreador i ten kto decyduje i ten kto patrzy.
Myślę też o tym, że to kolejny wpis który pojawia się nad ranem. Czy to znaczy, że masz trudności ze snem?
Mar
Mar,
Usuńnie jestem pewna, czy odpoczynek jest w ogóle możliwy - i dosłownie i w przenośni. Bo ja nawet nie bardzo wiem jak miałby on wyglądać. To bardziej jak powolna droga w kierunku ostatecznego starcia - które też jest dla mnie czysto hipotetycznym konstruktem.
A sen? Mój organizm chyba uznał, że jest mu on całkowicie zbędny...