i tak oto utrzymuję się pod kreską. Od soboty. Minus jest jednak delikatnie mniejszy, bo przynajmniej nie zastanawiam się już obsesyjnie jak finezyjnie zakończyć swój marny żywot. Nie, zabić się nie zabiję... A przynajmniej na pewno nie zrobię tego tak na raz, definitywnie i szybko - bo przecież powoli zabijam się już od jakiegoś czasu. Po co marnowac efekt? Złapie mnie kiedyś z zaskoczenia. I wtedy ja też będe zdziwiona - taka niespodzianka!
Nie mam co ze sobą zrobić. Moje prokrastynacja osiągnęła najwyższy poziom ze wszystkich dotychczasowych. Więc siedzę sobie z komputerem na kolanach. I... siedzę. Za godzinę też będę siedzieć... i za 5 godzin, i nad ranem. Aż do bólu głowy.
Drażni mnie mój chimeryzm, drażni mnie mój wygląd, najogólniej - drażni mnie moje życie. Powtarzanie samej sobie tekstów o głodzie w Afryce, wojnach na Bliskim Wschodzie i ludziach którzy umierają chociaż chcieliby żyć niewiele pomaga. Obiektywnie wiem, że inni MAJĄ gorzej. Ba! to nie jest nawet odpowiednie określenie. Od strony ekonomicznej zawsze miałam wszystko. Pieniądze, nowe ubrania, własne mieszkanie. Od strony intelektualnej tez podono nie było nigdy najgorzej - niektórzy nawet patrzyli na mnie pod tym względem z uznaniem. Tylko od strony emocjonalnej jakoś tak kiepsko mi idzie. Psuje mi to wszystko. Odbiera całą resztę.
Jak z dachem. Co z tego że jest dach jeśli ma pośrodku dziurę? Co z tego, że każdy pozostały fragment domu jest osłonięty, skoro przez tą dziurę wlewają się do środka strugi deszczu? Można ten dach mieć i jednocześnie tonąć wewnątrz.
Bardzo bliskie mi jest to co piszesz. Co z tego, że jest dach skoro moknie głowa..
OdpowiedzUsuńChciałabym tu jakąś radę.. ale nie wiem, może modlić się do Boga?
Modlić się? Nie... Ja się nie modlę uż od bardzo, bardzo dawna. Zresztą - byłoby to co najmniej nie na miejscu. Naważyłam sobie piwa, to je trzeba łyknąć.
OdpowiedzUsuńA rada? Jakoś ten dach musimy załatać - tylo najpierw trzeba się pozbyć lę
lęku wysokości...
Trzymaj się Melena!
Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale to chyba najdojrzalsze z podejść jakie kiedykolwiek usłyszałam. Chodzi o to co napisałaś o modlitwie i o tym, że skoro sama coś zepsułaś, sama musisz się "zbawić". Nie chcesz iść na łatwiznę, pracujesz, a to już strasznie dużo.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za nasze dachy i rychłe załatanie ich ;)
ehh... no właśnie. Problem polega na tym, ze ja sobie wmawiam, że coś robię. Niewiele ma to wspólnego z dojrzałością i odpowiedzialnością. Bardziej sabotuję to co robię niż realizuję zamierzenia.
OdpowiedzUsuńMam w tej chwili chwilę odwagi, żeby to przyznać... Gorzej ze zmianą podejścia.