wtorek, 30 października 2012

hmmm... przyjechało dziecko do Ameryki i nagle... nagle kuchenka mikrofalowa się psuje, instlacja elektryczna pada, nagminnie wypalają się żarowki i psują, posiadające funkcję psucia, rzeczy... a na koniec nadchodzi najgorszy od 11 lat huragan... I jak tu nie wierzyć że człowiek ciągnie za soba pecha??

I co z tegoże mój jakże "światły" umysł podpowiada, że nawet gdybym aktualnie przebywała na kontynencie europejskim, w kraju znanym pod nazwą: Polska, to ten huragan byłby tam, gdzie teraz jest... i że przewody elektryczne w scianach postanowiły się zbuntowaćie nie ze względu na moją prezencję a raczej ze względu na swój jakże znamienity wiek...

I jak mam swemu światłemu umysłowi wytłumaczyć, że tu się nie ma czym denerwować, że tak się dzieje, i że ja temu winna nie jestem... i że może mnie przestać karać swoim mentorskimi i moralizatorskimi radami oraz niekończącymi się atakami dobrze mi znanej przyjacółki od serca (a może raczej - w tym przypadku - od żołądka...) - bulimii...

i do tego wszystkiego... 50 już dzień minął, a ja ciągle czekam na okres... normalnie bym się tym w ogóle nie przejęła... powitałabym wręcz z ulgą jego ciąły brak... ale tym razem mam jakieś złe przeczucia... i chociaż nie zwykłam wierzyć w takie zabobony... tym razem czuję się podenerwowana faktem jego braku... jakby miało to znaczyć coś złego...


Może ja za dużo myślę?? Gumowy młotek poproszę - może sobie wybiję z głowy te dywagacje prowadzące mnie po zamkniętym okręgu...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz