czwartek, 7 marca 2013

10 lutego

Zawsze lubiłam rocznice... Przypominają o ważnych wydarzeniach. Pozwalają na utrzymanie się w ciągu przyczyn i skutków. Mam woje rocznice - moje urodziny, daty ważnych wydarzeń w moim życiu, daty ważnych strat. Mam też edną specyficzną rocznicę - 10 lutego.

Wiele lat temu... Samo brzmienie stwierdzenia "wiele lat temu" przyprawia mnie o gęsią skórkę. A więc wiele lat temu - dokładnie 8, dnia 10go lutego podjęłam jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Skąd tak dokłądnie pamiętam kiedy? To było na urodzinach mojej koleżanki. Siedzieliśmy w knajpie. Piliśmy colę i jedliśmy pizzę. Żartowaliśy. I w pewnej chwili uderzyła mnie myśl, która od tamtego czasu ze mną pozostała - "Ja tutaj nie pasuję!". Nie pasowałam wyglądem, nie pasowałam ubiorem, nie pasowałam niczym. Postanowiłam sobie "Dzisiaj jest ostatni dzień mojego życia w taki sposób! Od jutra wszystko zmieniam". I o dziwo - zmieniłam! Był to chyba okres w moim życiu, kiedy słowo "silna wola" było determinanantą mojego samopoczucia. Wstałam na drugi dzień  i zaczęłam wcielać w życie swój plan zmiany. Zaczełam od diety... Tak, jak bardzo absurdalnie by to nie brzmiało, miałam wtedy wrażenie, że to jest pierwsza rzecz którą powinnam zrobić. A że nigdy nie uznawałam półśrodków, przeszłam od razu do sedna... Z pucołowatej licealistki stałam się obsesyjnym przeliczaczem kalorii, który postanowił, że nie ma innej możłiwości jak doprowadzić się do porządku przy pomocy diety 300 kcal. Boże, jak mi wtedy świetnie szło! Pierszy tydzień był straszny! Kręciło mi się w głowie, ciemniało przed oczyma. Ale byłam jak w euforii - efekty były wręcz natychmiastowe. Pozostałam na takiej diecie prawie 4 miesiące. Potem przyszła pierwsza głowdówka... 9 dni... 9 dni kawy i coli bez cukru... W efekcie nie byłam w stanie wstać z łóżka. Ba! Nie byłam w stanie ruszyć ręką bez oblewania się zimnym potem. Kilka dni później trafiłam na swoją pierwszą sesję terapeutyczną, odprowadzona pod drzwi przez zrozpaczoną i bezradną matkę, z 200 zł w kieszeni i groźbą szpitala wiszącą nad głową. 

Kiedy spoglądam wstecz, nie mogę się nadziwić jak łatwo przyszło mi zrujnowanie swojego życia. Jak szybko i bezbłędnie sprowadziłam je do nic nieznaczących dni, które upływały mi na kilkunastokrotnym sprawdzaniu swojej wagi i wpadaniu w histerię jeśli wieczorem było tyle samo ile rano. Stałam się chodzącym zombie, którego nie obchodziło, że w szkole jest sprawdzian, albo że za rok matura... Nic mnie to nie interesowało! Liczyły się tylko cyferki na wyświetlaczu. 

I po upłwie tych 8 lat jestem dalej... w tym samym miejscu... Albo przynajmniej podobnym... Po kolejnej rocznicy... Okrutnie zmęczona i zrezygnowana. Rozpaczliwie próbująca coś zmienić i dotkliwie przeżywającą codzienne porażki.

A wszystko to jedna zła decyzja - 10 lutego. Mój ostatni dzień życia i początek egzytowania. 

I co roku, 10 lutego, postanawiam, że na stępny luty będzie inny. Że nie będzie już rocznic, że zwonu będzie życie. 

I w tym roku po raz kolejny przedłużam postanowienie... Jeszcze ten jeden raz.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz